RSS
środa, 13 lutego 2008
sikanko za mandat
miałam pozrzędzić jeszcze, ale zadzwoniłam do maminy.
ta, ze swoim anormalnym życiem, zawsze mnie rozwesela.

pytam, jak tam podróż powrotna z sylwestra.
- no dobrze, tylko policja nas zatrzymała i prawie się posikałam.
- ze strachu, czy co?
- oj nie, z czekania... bo zatrzymali nas, tata poszedł się tłumaczyć, bo oczywiście jechał za szybko. poszedł i go nie ma i nie ma. a mi się taaaak siuku chciało. i czekam i czekam, a on tam siedzi i siedzi. w tym radiowozie. myślę sobie, że przecież nikogo nie zabił, pijany nie jest, i aż tak szybko, to on nie jechał, to co go tak trzymają długo... poczekałam jeszcze 20 minut i poszłam tam do nich.
- no i?
- no i podchodzę, mówię dzień dobry, jestem żoną tego pana. policjant na to, że widzi, że odsiecz przyszła i wszyscy ryją ze śmiechu. ja nie wiem, co oni tam robili tak długo, ale zaczęłam tłumaczyć, że ja zapłacę każdy mandat, ale żeby mi już męża puścili, bo się zsikam... no i jak oni się wtedy zaczęli śmiać... a mnie się wcale mniej siku nie chciało od tych ich wygłupów, ale widać miałam już żółte oczy, bo panowie policjanci kazali tacie jechać za nimi i z włączonym kogutem odstawili nas na najbliższą stację. jeszcze nam pomachali, jak wysiadali po kawę.

i tak o.
i po kim ja mam być normalna się pytam?

13:55, jolinda
Link Komentarze (1) »
czwartek, 21 czerwca 2007
gładź maminowa

dzwoni mamina.
oho, już wiem, jak spędzę najkrótszą noc w roku... mamina mi coś wymyśli.

- halo?
- dziecko?
- nom. co tam Mami?
- pfff... pfff... najmłodsza już nie jesteś, ale może mi powiesz...
- może. zależy co. nienajstarsza Mamino.
- co oni z tym woskiem wymyślili dziecko?!?
- pszczoły?
- co?
- to ja się pytam co. z tym woskiem co?
- on nie działa. i mam jakby problem! skleiłam się... mówiąc delikatnie.
- woskiem?
- no przecież nie superglu, dziecko. woskiem, woskiem... do depilowania.
- jak się można Mami skleić woskiem?!?
- normalnie. bierzesz, przyklejasz, zrywasz plaster, a wosk zostaje i się nigdzie nie wybiera.
- hehehehehe....
- no! bez podśmichujek mi dziecko. to tragedia jest. ubrać się nie mogę, a listonosz za progiem.
- kto?!?
- listonosz. ten od rachunków, listów i paczek. pewnie coś słyszałaś...
- i dla listonosza się depilujesz?
- dziecko! ty mi tu przesłuchania nie rób, tylko radź! jak to cholerstwo z siebie zedrzeć?
- no tymi tam... plastrami.
- ale ja je już zdarłam, a wosk został... co za gówno, naprawdę... majtki mi się przykleiły, nogami prawie nie mogę przebierać, bo mi się na uda rozlało, woda i mydło tego nie bierze, a skrobakiem boooli.
- w sensie bikini sobie robiłaś?
- a to nie jest do bikini? skąd niby ten wosk wiedział, że to nie nogi, tylko bikini?
- bo może to nie jest inteligentny wosk z mikrokapsułkami witaminowymi? ;)
- co takiego?
- nic, nic. nie wiem Mami, może zareklamuj u sprzedawcy?
- ta jasne. z domu wyjść nie mogę, chyba że z gołą dupą, bo wszystko się do mnie przykleja! a chyba nie chcesz dziecko, żeby twoja rodzicielka biegała tak po ulicach?!? chociaż z drugiej strony, gdybym tak bez majtek wpadła do sklepu, to pewnie pieniądze oddaliby mi bez szemrania.
- no, lepiej tego uniknijmy Mami.
- ratunku!?!
- hehehe... ale co ja mogę przez telefon? może czymś silniejszym? spirytus? wódka?
- od środka?
- to chyba wszystko jedno Mami.. efekt będzie ten sam - przestanie Ci to przeszkadzać :)
- eh... a miałam być gładka i powabna. dziecko, co ja powiem ojcu? że niby dlaczego biegam bez majtek ze sklejonymi nogami?
- nie wiem Mami. pewnych spraw wolę sobie nawet nie wyobrażać :)) ale wieczór możecie mieć nawet udany ;)

22:49, jolinda
Link Komentarze (4) »
nowy zięć
24 marca 2006

dzwoni mamina.
- cześć mami, tylko w miarę szybko, bo nie mam czasu, dobra?
- no cześć. mężczyzn żyje, czy choroba go pokonała?
- żyje.
- ojej... a ja już miałam nowego kandydata...
- maaamiiii.... kogo?
- a, co ci będę mówić, zachowam tę kandydaturę na czarną godzinę, jak się mężczyzn na tobie wreszcie pozna...
- maaaaaamiiii... jestem twoją córką, pamiętasz?
- pamiętam. i właśnie dlatego, że nią jesteś, wiem co mówię dziecko...

grunt to mieć oparcie w rodzinie.
tia.
22:36, jolinda
Link Dodaj komentarz »
sobota, 12 maja 2007
Maminowe morały

 

- cześć Mami, jak tam?
- oo... dziecko. wróciliśmy właśnie z mazur.
- i co? znów ukradli nam wszystko, czy jednak coś zostawili?
- a nie... w tym roku jest całkiem nieźle. do domu nie weszli... za to ukradli kibielek i drzwi do wychodka.
- co?!?
- no kibelek. i drzwi do kibelka. tego wolnostojącego, co to go ojciec zmodernizował ostatnio.
- to my mieliśmy wolnostojący kibelek?
- no ba. i była to prawdziwie wygodna wygódka. z ceramicznym kibelkiem, którego już nie mamy i z podciągniętą wodą!
- bosko. genialny pomysł tak w ogóle. dla kogo ten kibelek miał być? dla bobrów, czy jeleni, które tam hasają?
- oj tam... no był po budowie i szkoda było niszczyć, to się go zmodernizowało.
- całkiem niepotrzebnie jak widać...
- nooo... ale kibelek to jeszcze nic. kota ugotowałam...
- co?!?! pojechaliście na działkę z kotem?
- a co? kot też człowiek i członek rodziny...
- jak to go ugotowałaś?
- no wlazł na strych domu na mazurach i nie chciał zleźć... to nie. dałam mu pić i jeść sobie tam siedział... tylko, że potem przyszło słońce... i ten spaślak chyba zaniemógł, że nie zszedł z góry na czas... bo jak tam weszłam przed odjazdem, to był już sztywny.
- sztywny?!
- no sztywny. wyciągnął kopyta i był sztywny.
- ugotowałaś kota!!!
- no niestety... tylko prawie. bo się potem ocknął.
- i..?
- i nic. był głodny, czyli procesy życiowe w normie.
- Mami, Ciebie to powinni zamknąć normalnie za maltretowanie zwierząt.
- jak to maltretowanie? czy ja go tam więziłam? nie. wręcz odwrotnie - uratowałam mu życie przecież. tylko ojciec niepocieszony...
- dlaczego?
- bo już się zaczął cieszyć... tak jak wtedy, gdy myślałyśmy, że kota samochód przejechał i pochowałyśmy cudzego kota myśląc, że to nasz... wtedy też się cieszył. i też niepotrzebnie.
- no jakoś będzie musiał sobie z tym poradzić.
- już sobie poradził... kupił sobie nową figurkę. niby antyk, ale dla mnie to wygląda ona całkiem kiczowato. dziecko, czy jeśli kiczowata rzecz jest bardzo stara, to i tak jest wartościowa?
- chyba niekoniecznie... nie znam się na tym.
- ano właśnie. ja też nie. i widzisz... dlatego trzeba chodzić do szkoły... żeby cię potem mąż nie mógł podejść na jakieś gówno-warte stare figurki, na które wydaje fortunę...

 

11:53, jolinda
Link Dodaj komentarz »
środa, 10 stycznia 2007
wiejska terapia

ponieważ mam duuużo czasu, postanowiłam odwiedzić maminę i futrzaki.
a co ich będę oszczędzać, nie?
sama ze sobą muszę wytrzymywać, więc nie widzę powodów, żeby oni mieli mieć lepiej ;)
skoro świt, czyli o 11 wsiadłam w samochód i siuuuuu... pognałam na wieś.
kurna... wiecie, te 22 km od centrum, można jednak z tego mojego końca świata pokonać w 0.5h!! byłam w ciężkim szoku. zero samochodów, zero korków, zero trąbienia, zajeżdżania, okazywania szacunku palcem, itd.
da się?
da.
tylko trzeba skoczyć se na bezrobocie :)

podjechałam pod bramę z tabliczką - 'zły pies, właściciel jeszcze gorszy', czy jakoś tak - nic.
trąbnęłam - nic.
zaczęłam szukać pilota do bramy w torebce (10 min.) - nic.
otworzyłam bramę - nic.
wyszłam z samochodu gwiżdżąc - nic.
nacisnęłam na klamkę spodziewając się ataku - nic.
wołam, krzyczę, tupię - nic.

a jak się już uspokoiłam, to usłyszałam rytmiczne chrobotanie.
mrówka leżała za kanapą, koło pianina i machała ogonem, ale widać sprawa nie wydała jej się na tyle poważna, żeby wstać...
głupi, leniwy, mający-we-włochatej-dupie-wszystko pies.
pfff...

po 10 krzyko-minutach znalazła się wreszcie Mamina.
- czego się dżesz, dziecko? pranie wstawiałam...
- Mami? ukradli by Wam wszystko, łącznie z psem stróżującym!
- kto?!?! - spytała przejęta mama.
- kto, kto?! ktokolwiek Mami! weszłam do domu i ten zdechły pies nic nie powiedział...
- a co miał powiedzieć..?
- HAU?
- przecież Mrówka wiedziała, że to ty... na swoich się ma nie rzucać, nie?
- a skąd niby wiedziała? przecież do niej nie sms'owałam, nie? a Ty? nie słyszałaś mnie?!?
- słyszałam... ale myślałam, że to listonosz.
- ...?? (opad szczęki)
- no właśnie, też się zdziwiłam, bo listonosz to się boi sam wejść do domu.
- taaa...

chwila ciszy.
- chcesz dziecko tościka?
- nie. a Ciebie to przypadkiem nie dziwi, że nie jestem w pracy, Mami?
- w zasadzie nie, ale i tak pewnie zaraz mi powiesz...
- no raczej. nie pracuję już w fabryce...
- o.
- no.
- to może kawy?
- czy Ty mnie w ogóle słyszałaś? Mami, jesteś okropna!
- eee... co mam się przejmować... jesteś jak ojciec... całe życie narzeka na pracę, na przeciągi w portfelu, chrzani, że go zwolnią, że zbankrutuje... i co? no popatrz - kupił wczoraj biletów do opery i teatrów za tysiąc prawie.
- pfff... ale to jest ojciec, nie? a ja to ja. nic się nie przejmujesz swoją córeczką?
- no oczywiście, że się przejmuję... dziecko, ale ty masz jeszcze 100 lat pracy przed sobą... i dwa wyjścia z rodzicami i teściową do opery. nie wiem w sumie co gorsze.
- taa...
- ale mężczyzn nadal pracuje?
- dlaczego miałby nie pracować? Mami... zatrzymałaś się na etapie, kiedy pracowaliśmy razem?!?! Raaaanyyy...
- no co?!? no co?!? chodź, zobacz! jak ja mam z czymkolwiek nadążać?!?

Mami dziarsko poszła do kuchni, pogrzebała we wszystko-pojemnej-szafce i wyciągnęła stary, wysłużony notes.
- zobacz!
- no?
- Joooolaaa... raz, dwa, trzy... cztery, pięc... i teraz szósty numer telefonu przy Twoim imieniu muszę skreślać. może ty już dziecko nie bierz tych służbowych telefonów, co? to jednak kłopot jest...
- kłopot. nawet nie zapytasz dlaczego? co się stało?
- przecież mi już mówiłaś, że dłużej tam nie wytrzymasz...
- mówiłam... ale teraz to wiesz... stało się... muszę pogadać...
- a, chyba że tak. to chodź na spacer.

poszłyśmy na spacer.
nad rzeczkę.
do lasu.
na zające.
obejrzeć nowe domy.
posłuchać ciszy.
poplotkować.
wyżalić się.
pooglądać drzewa.
zeżreć tabliczkę czekolady.
pośmiać się z dowcipów.
...

kurna...
mam nadzieję, że kiedyś (za 357 lat, ok?) będę równie fajną matką.
bo w tym jej olewactwie jest tyle miłości i zrozumienia, że właściwie żadne słowa nie są już potrzebne...
nawet, jak myli moje imię z imieniem psa ;)

16:11, jolinda
Link Komentarze (3) »
wtorek, 09 stycznia 2007
Maminowe dramaty

- Halo?
- Dziecko?
- Mami?
- Dziecko!
- No co tam Mami?
- Jest dramat i muszę się wygadać...
- ...domyślam się... ale jest 10-ta i ja jestem w pracy, pamiętasz?
- A tam, w pracy-sracy. Człowiek nie żyje po to, żeby pracować, tylko pracuje, żeby żyć. Nigdy nie odwracaj kota ogonem, bo cię obsra..., dziecko.
- Ta. No to co to za dramat się wydarzył?
- Prawdziwy! Zapomniałam ci powiedzieć o najważniejszym odnośnie naszego balu sylwestrowego...
- O... niemożliwe... opowiadałaś o nim prawie tak długo, jak trwał, więc chyba niczego nie pominęłaś..?
- Nie bądź złośliwa, dziecko, bo twoja matka dramat przeżywa. Zapomniałam ci powiedzieć, że ojciec na tym balu obtańcowywał obce baby!
- E... tatek? Daj spokój...
- Mówię ci... i to nie jakieś tam baby - miss polonię obtańcowywał!
- Pff... a skąd ona się tam wzięła?
- NO WŁAŚNIE! nic mi nie powiedział, że będzie... nie miałam szansy się przygotować nawet!
- Jak przygotować? Dorobić sobie szczudła i zrzucić w tydzień 20kg? Mami...
- Milcz niedobra kobieto! Przygotować mentalnie... przede wszystkim... i może chociaż kilogram zrzucić, żeby lepiej się w sukni prezentować, nie?
- No to rzeczywiście, mógł Ci powiedzieć.
- Aaa tam... z facetami to tak zawsze. Nic nie rozumieją. A pamiętasz, jak mnie wziął na bal i zapomniał powiedzieć, że obowiązkowe jest przebranie historyczne? I na miejscu musiałam coś z prześcieradeł i bielizny wymyślać?
- Przynajmniej się nie nudzisz.
- Nie nudzisz? nie nudzisz?!? ja bym normalności chciała, a nie tak w kółko...
- Trzeba było wyjść za Heńka sąsiada, a nie za ojca...
- Taa... może bym takich pyskatych dzieci nie miała...

19:07, jolinda
Link Komentarze (1) »
piątek, 09 czerwca 2006
ponczo ślubne

- cześć mami?
- cześć dziecko...
- a co Ty taka zasapana mamino jesteś?
- aaa.... bo firanki weszły mi w dupę.
- CO?!?!
- no tak się za nimi uchodziłam...
- ale przecież my mamy firanki, nie?
- nie. to znaczy tak, ale przecież na ślub to wypadałoby zmienić. będzie sporo gości, a tu stare firanki...
- ta, stare... 4 letnie.
- nie ważny wiek, waże, że już się opatrzyły, a zresztą - co za różnica, mam ciśnienie na nowe firanki, to se je kupię... o ile wcześniej nie kipnę ze zmęczenia.
- oj mami... to może idź sobie na kawkę, czy coś?
- nooo... już mi trochę lepiej, bo kupiłam dla twojej ulubionej siostry ponczo na ślub.
- hm... to ona nie zakłada jednak białej sukni?
- oj jola... zakłada. kupiłam jej ponczo, żeby na tych oczepinach na statku nie zmarzła.
- heheh, to ja założę sobie ludową zapaskę i kierpce, skoro będziemy się przebierać!
- ...ale nie meksykańskie ponczo! białe takie no... dziecko.
- łeee....
- ...
- halo?
- ...

dzwonię raz jeszcze.
- mami, coś nas chyba rozłączyło.
- aa, to ja... przecierałam oko...
- pfff...
- no co?
- nic, nic...
- dla ciebie też kupiłam bluzkę.
- MAMI... przecież wiesz, że masz tego nie robić, tak?
- oj tak, ale ona jest niby dla ciebie. jak przy siostrze przymierzysz i powiesz, że jest super, to ona będzie chciała w niej chodzić. i ją weźmie... i może w ten sposób uda mi się przemycić do jej szafy jakieś normalne ciuchy, nie? przecież nie wypada, żeby na jej stanowisku tak się ubierać, nie? ja wiem, że to niby artystka, ale bez przesady... w biurze architektonicznym też trzeba wyglądać.
- obawiam się, że to nic nie da... ona jest niereformowalna mami. twoja córeczka. tak samo uparta.
- o nie nie nie... wszystkie złe cechy ma po ojcu, tak? po mnie ma tylko te dobre rzeczy...
- to może to wcale nie jest Twoje dziecko?
- co?
- niiic... mami, czasami muszę popracować.
- cześć. mrówka, idziesz?
- cześć...
- no to chodź, idziemy na spacerek... cześć dziecko... adres! kicek!!! wymarsz!

11:48, jolinda
Link Komentarze (7) »
piątek, 26 maja 2006
Dzień Mamy

Chociaż pewnie nigdy tego nie przeczytasz,

Wszystkiego Malinowego Mamino!

                                                    jolinda.
12:26, jolinda
Link Komentarze (2) »
czwartek, 25 maja 2006
lina pożarcie

- jola, dziecko... dzwonię do ciebie po rozgrzeszenie...
- a co? tatę zdradziłaś?
- oj tam... gorzej!
- a, to spoko. opowiadaj.
- zabiłam lina, tego nakrapianego, którego dostałam od ciebie i mężczyzna.
- JAK TO?!?!
- no zabiłam. rano patrzę, a woda w oczku jakaś taka ciemna. pewnie glony kwitną, czy coś... pomyślałam, że może filtr w pompie się zapchał. wziełam i wyjęłam. poszłam go umyć, ale pompę włożyłam do wody. i ten dziad, lin, musiał wtedy się do niej za bardzo przytulić...
- no i?
- no i co, jola? no co? jak myślisz, jak wyglądał lin po spotkaniu z wnętrzem pompy?
- MAMI...
- nie no, nie było tak źle, miał tylko czerwoną głowę. bardzo czerwoną.
- o niee... zabiłaś lina.
- ale to jeszcze nic dziecko...
- mami, osłabiasz mnie.. co jeszcze wymyśliłaś?
- bo widzisz, ja tak od razu nie zauważyłam, że ten lin się w pompę wkręcił.... ale adresik zauważył. i go porwał. a ja myślałam, że ten lin jeszcze żyje może i zaczełam gonić adresa... no, a wiesz, jak on reaguje na gonitwę... jak na nalepszą zabawę. potem jeszcze przyszła mrówa i w ogóle...
- jesssssuuu...
- no, ale jak się okazało, że lin na pewno wcześniej już nie żył, to adres go zjadł.
- MAMI?!?! pozwoliłaś mu?!?!?
- hmm... nie, nie pozwoliłam, nie wyraziłam tylko sprzeciwu, a to nie do końca to samo, nie?
- MAMI!
- no co? miało się zmarnować? przecież to tylko ryba.. a adresik miał super śniadanko. zostawił tylko pęcherz i flaczki. mądry piesek.
- nie nie nieeee... nie wytrzymam. wypisuję się z tej rodziny.
- pfff... co się tak nadymasz, przecież to twój pies, nie? twój posag zresztą... a adresik był tak zadowolony, że przez cały dzień nie odstępował mnie na krok i ile razy przechodziliśmy koło oczka, tyle razy znacząco na mnie szczekał.
- a żeby zdechł...
- e, ma się całkiem dobrze i generalnie nadzieja, że dostanie jeszcze jedną rybkę dobrze mu robi. zbystrzał, poweselał... powinnaś się cieszyć, znaczy, że jeszcze kilka lat pożyje. twój piesek...
- nie zadaję się z mordercami i lino-żercami. możesz mu powtórzyć.
- dziecko, ale to ja jestem mordercą, nie adresik...
- KONIEC, nie chcę tego więcej słuchać. cześć mami.

10:22, jolinda
Link Komentarze (6) »
wtorek, 16 maja 2006
kotek psotek

- jola, nieszczęście!!!
- co się stało mami?
- NIESZCZĘŚCIE... jola, już możesz zacząć płakać...
- no ale co się stało?
- te twoje zwierzaki... mam ich dosyć... DOSYĆ. powyżej uszu...
- to wcale nie tak wysoko, bo Ty mami niska jesteś przecież.
- dziecko, ja cię ostrzegam... nie nabijaj się ze starej matki, tylko jej współczuj.
- no, ale to powiedz wreszcie co Ci futrzaki zrobiły tym razem...
- mi to jeszcze NIC nie zrobiły... to ja im zrobię, albo ojciec...
- znowu ślady łap na samochodzie?
- a tam, żeby ślady... twój kotek, maturzysta* wziął i NASRAŁ w nowym aucie twojego ojca.
- o kurnaa...
- no. nie muszę chyba dodawać, że tata nie był zadowolony.
- nie musisz... ale kotek jeszcze żyje?
- jeszcze... tata wziął inne auto i pojechał do gdańska, ale jak wróci, to może być różnie.
- no może...
- to może weź tego sierściucha do siebie, co?
- no chyba zwariowałaś.
- no co? najwyżej, jak zwykle zarzyga ci mieszkanie, ale przynajmniej ocalisz mu futrzaną dupę.
- mowy nie ma... on mi zmasakruje mieszkanie przez 10h mojej nieobecności mami. to nie jest normalny kot, sama dobrze wiesz.
- no wieeem... dziecko, zobaczysz, jak już będę stara i będziesz miała swój dom i dzieci, to zobaczysz... matka się zemści za te wszystkie lata. będę upierdliwa i sprowadzę ci do domu, dla dzieciaczków w prezencie, 7 kotów i 600 labradorów oraz 16 retriverów. no i koniecznie JAMNIKA, żeby nie było za łatwo...
- mami, nie potrafiłabyś być taką zouzą...
- nie? nie?!?!? to przyjeżdżaj prać samochód taty... no. wiedziałam. więc jednak będę. a sa sa sa. zemsta będzie słodka!

*przygarnęłam go w dniu swojej matury
14:09, jolinda
Link Komentarze (6) »
 
1 , 2 , 3 , 4